czwartek, 18 kwietnia 2013

Rozdział 6


Rozdział 6
W pustym pomieszczeniu odgłos kroków odbijał się od ścian niczym piłeczka kauczukowa. Agent specjalny Johnson stąpał z założonymi rękami po pustym skarbcu banku w Point Markus i niestety musiał przyznać, że tego się nie spodziewał. Nie spodziewał się ani tego, że będzie stąpał po podłodze skarbca tegoż banku ani tego, że skarbiec  ten będzie pusty. Wyjątkowo niefartowna sytuacja.
- Na kasetkach nie ma odcisków palców - młody agent nieśmiało podszedł do niego przekazać wiadomość, która nie była dla Johnsona żadną rewelacją.
- Trzeba przesłuchać świadków, pracowników banku i dowiedzieć się jak tu wszedł. Sprawdzić kamery, czy komuś nie skradziono samochodu itd.. Natychmiast - wyrecytował beznamiętnym głosem.
Młody przytaknął i odszedł szybkim krokiem by spełnić rozkazy swego mentora. Nagle głos szefa zatrzymał go:
- Trzymać mi prasę z daleka. Pewnie mają tu jedną gazetkę lokalną ale postarają się nagłośnić sprawę by zyskać jak największy rozgłos. Najlepiej odciąć miasteczko od świata.
Bo jak się to wyda to będzie koszmar - dopowiedział w myślach i zapalił papierosa. Szlag trafił zerwanie z nałogiem a nie miał w ustach papierosa od ponad stu dwudziestu dni.

Rozdział 5


ROZDZIAŁ 5
- M-A-R-E-C-K-A - Przeliterował po raz drugi nazwisko Oli by funkcjonariusz miejscowego biura szeryfa mógł zapisać je na kartce. Tak, na kartce, ponieważ za wcześnie było na wszczęcie poszukiwań (Oli teoretycznie nie było tylko około godziny).
Szymon zniesmaczony stwierdził, że mógł się tego po niej spodziewać, bo jak naiwnym trzeba było być żeby mieć nadzieję, że Ola nie wywinie mu takiego numeru. Zostawił ją w samochodzie z kluczykami a ona odjechała.
- Więc uciekła panu dziewczyna? - Funkcjonariusz wyszczerzył zęby z satysfakcją i mrugnął do kolegi w szarym kombinezonie roboczym stojącym za Szymonem, z równie ucieszoną miną. Szymon obrócił głowę zaskoczony obecnością drugiego mężczyzny.
- Dzień dobry - przywitał się kulturalnie. - Nie wiem czy uciekła…
- Stan, widziałeś jakąś babkę za kierownicą niebieskiego forda?
Stan Williams podrapał się zamyślony po wielkim brzuchu, którego hodowla zajęła mu czterdzieści lat i najwyraźniej był połączony z ośrodkiem myślenia po czym rzekł:
- Odholowałem takiego dzisiaj.
Szymon zmarszczył brwi licząc że się przesłyszał.
- Odholował pan auto z moją narzeczoną?
Mężczyzna zadumał się po czym podszedł do metalowego krzesła pamiętającego lata 50. i klapnął na nie całym swym ciężarem. Krzesło przez chwilę wydawało dźwięk niczym sztangista podnoszący ciężar przekraczający jego możliwości i Szymon był pewien, że pośladki Stana lada moment wylądują na ziemi.
- Nie pamiętam by był ktoś w środku… raczej bym zauważył - mruknął.
- Niech mnie pan od razu zaprowadzi do samochodu - Szymon zerwał się na równe nogi.
- To będzie sto dolarów za przechowanie i dwieście za odholowanie.
- Trzysta dolarów? Toż to niedorzeczne .- Na próżno szukał na ich twarzach odrobiny zrozumienia dlatego wyciągnął z kieszeni w spodniach portfel i odpowiednią sumę położył na biurku. - Możemy już iść?

Rozdział 4


ROZDZIAŁ 4
- Jeśli zaraz – wydyszał – się nie zamkniesz, zastrzelę cię.
Jedyną reakcja Oli było jeszcze szersze otwarcie oczu. Miała nad sobą stukilogramowego obcego i uzbrojonego mężczyznę i nie wiedziała do czego mógł być zdolny.
Oddychała głęboko przez nos, bo jej usta zasłonięte były przez wielką dłoń. Gdyby była dzieckiem pewnie odważyłaby się polizać lub ugryźć go, lecz w jej wieku pomysł ten wydawał się z gola obleśny. A bo to wiadomo gdzie pchał ręce wcześniej i czy wymył je po skorzystaniu z toalety?  Wolała nie nabawić się jakiegoś paskudztwa.
Jeff dał kobiecie chwilę na uspokojenie, a sam obmyślał plan awaryjny. W końcu uznał, że lepiej wsadzić ją do samochodu zanim natkną się na zbłąkanego rolnika.
- No dobrze – rzekł stanowczo. – Jeśli zaczniesz uciekać lub krzyczeć, zastrzelę cię. Rozumiesz?
Kiwnęła.
- Wstajemy na trzy, rozumiesz?
Potwierdziła.
Zastanowił się czy jeszcze jakaś groźba przychodzi mu do głowy, ale najwyraźniej wyczerpał pomysły. Sprawnie podniósł ją z ziemi z taką samą lekkością i łatwością z jaką rodzic podnosi dziecko. Ola była pod wrażeniem jego siły, bowiem po szybkim otaksowaniu go wzrokiem stwierdziła, że nie sprawia wrażenia wyjątkowo silnego.
- Bardzo dobrze - pochwalił ją. - A teraz do samochodu. Panie przodem.
Nie ruszyła się z miejsca tylko skuliła się w sobie a jej oczy zrobiły się wilgotne, co nie uszło uwadze Jeffa. Tylko tego mu brakowało, by wpadła w histerię i zwróciła na nich uwagę.  W każdej chwili ktoś mógł ich zobaczyć a od tego był tylko krok do pojawienia się FBI z całym tabunem durnych agentów. Zdecydowanie nie powinien szarpać się z nią na środku drogi czy pola, tylko jak najszybciej wpakować do samochodu. Machnął bronią w jej kierunku starając się wyglądać groźnie.
- Co ty żarty sobie stroisz? Do samochodu, ale juuuż! - Wrzasnął aż podskoczyła a po policzkach spłynęły łzy.
- Siusiu mi się chce… - wydukała wpatrując się w ziemię. - Nie korzystałam z toalety od kilku godzin a ty usiadłeś mi na pęcherzu…
Pociągnęła nosem a Jeff wziął głęboki oddech rozglądając się w poszukiwaniu żywej duszy. Nikogo nie zauważył po czym wspaniałomyślnie oznajmił:
- W porządku, nie krępuj się.
- Tutaj? - Spojrzała na niego bezradnie.
- Naturalnie, że nie! - Odetchnęła z ulgą słysząc te słowa. - Mam w kieszeni podręczną toaletę, jak przytrzymasz pistolet to ci ją rozłożę.
- Możesz chociaż się odwrócić?
- Żebyś zwiała? Nie ma mowy - rzekł bowiem jedna pogoń za nią zdecydowanie mu wystarczyła, nie zamierzał narażać się na kolejną.
- Nie ucieknę, obiecuję - miała nadzieję, że brzmi wiarygodnie.
- No, skoro obiecujesz to co innego - rzekł sarkastycznie. - Sikasz albo nie, mnie to obojętne.
Pokręciła głową. Była na tyle przerażona sytuacją w jakiej się znalazła, że nie potrzebowała upokorzenia do kompletu.
- Będziesz prowadzić - oznajmił kiedy wcisnął Olę na siedzenie kierowcy.
Otarła łzy wierchem dłoni kątem oka spoglądając na mężczyznę. Mimo buszującej w żyłach adrenalinie powoli opanowywała emocje i ku swemu zaskoczeniu z jego zachowania wydedukowała, że był w sytuacji w jakiej się znaleźli równie zagubiony jak ona. Dlaczego? A może tylko jej się zdawało?
- Chcesz mnie zgwałcić? - Nie wytrzymała w końcu i uznała, że tą kwestię trzeba wyjaśnić.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Nie.
- Zabić? - Spytała drżącym głosem.
- Zabiję cię, jeśli się nie zamkniesz - warknął. - Skup się na prowadzeniu.
Ruszyli. Żadne z nich chyba nie było w stanie powiedzieć ile dokładnie już jechali gdyż pogrążeni we własnych myślach stracili poczucie czasu. Oli niestety o przemijających chwilach przypominał pełny pęcherz coraz uciążliwiej dający o sobie znać.
- Skręć tam - rozkazał wskazując niewielki lasek po prawej. Wyglądał on niczym zielona wyspa po środku żółtych pól uprawnych.
Gdy tylko wjechali między drzewa Ola gwałtownie wcisnęła hamulec i rzuciła się do wyjścia.
- Co do cholery?! - Wrzasnął zaskoczony jej zachowaniem i ponownie zaczął szarpać się z pasami bezpieczeństwa. - Zasrane cholerstwo! - ocenił gdy udało mu się w końcu wydostać z pojazdu i ruszyć w pogoń.
- Siusiam! - Wyjaśniła szybko by nie zastał jej w niezbyt komfortowej pozycji.
Jeff zatrzymał się niczym koń na widok żmii. Nie miał zamiaru narażać się na oskarżenie o molestowanie seksualne ze strony tej wariatki, więc poczekał aż skończy (mają nadzieję, że jednocześnie skończy się ten uciążliwy motyw przewodni ich przygody), ubierze się i dopiero wtedy wybuchnął:
- Co do kurwy nędzy robisz w moim aucie?!
Ola aż uniosła brwi.
- Porwałeś mnie? - Było to bardziej stwierdzenie ociekające sarkazmem niż pytanie lecz mimo, że to nie ona z ich dwójki posiadała broń i to ona powinna liczyć się ze słowami, nie mogła utrzymać nerwów na wodzy.
- Nie porwałem ty kretynko! To ty wlazłaś do mojego auta! Stał sobie spokojnie zaparkowany i czekał na mnie a ty musiałaś do niego wpakować swoje dupsko?!
- Dupsko?! - Chwyciła się pod boki i pochyliła w stronę Jeffa niczym gotowy do walki kogut. - Ty palancie mnie uprowadziłeś! Spałam, pewna, że za kierownicą jest mój narzeczony a ty, durniu jeden, zjawiłeś się z nikąd!
- Nazywasz durniem faceta który mierzy do ciebie z broni? Jesteś nienormalna ty głupia krowo!
Koniec zdania zbiegł się z szokującym uczuciem na jego policzku. Jakby połączenie nacisku z szybkością, powodującą nieprzyjemny ból. Całkowite zaskoczenie spowodowało, że chwilę zajęło mu zanim zrozumiał, że dostał z liścia.
Ola patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami i oczami wielkości spodków nie mogąc uwierzyć w to, co odważyła się zrobić. Nie wiedziała nawet jak to się stało że jej ręka, nagle zaczęła żyć własnym życiem  i z całą siłą ruszyła w kierunku twarzy przeciwnika. Ale zdecydowanie nie to najbardziej wprawiało Olę w osłupienie, lecz fakt, że przestała odczuwać paniczny i obezwładniający strach jaki towarzyszył jej od czasu rozpoczęcia tej całej historii. Powinna w tej chwili modlić się o swoje życie a zamiast tego czuła spokój i opanowanie, czy to normalne? Co się stało? Jak to się stało? Czy mogła bać się tak bardzo, że aż przestała? Czy to, miało jakikolwiek sens?
Mamo, jeszcze nigdy nie uderzyłem kobiety ale tą przede mnie pragnę rąbnąć tak, by głowa obróciła jej się wokół własnej osi kilka razy, jeśli ci to nie przeszkadza, daj mi jakiś znak - modlił się w duchu do zmarłej przed dwoma laty matki, która wpoiła mu szacunek i opiekuńczość w stosunku do kobiet. Nie wiadomo jaki matka miała pogląd na rzucanie w kobiety pistoletami i trafianie ich w głowę, ale skoro nic o tym za życia nie wspominała Jeff uznał, że z tamtego incydentu jest rozgrzeszony. Żaden znak nie nadszedł, więc westchnął głęboko, pokręcił z niedowierzaniem głową i wycelował lufę w stronę Oli.
- Strzelaj - powiedziała. - Dostaniesz karę śmierci.
- Już mam ochotę strzelić sobie w łeb. Nic z tego, kurwa, nie rozumiem!
Podszedł do pojazdu i począł kopać go wykrzykując mało cenzuralne określenia kobiecych profesji i narządów płciowych. Nie świadczyło to o jego inteligencji czy poziomie, lecz dawało upust nagromadzonej złości więc po chwili lekko uspokojony, z opuszczoną bronią przy udzie spacerował wokół auta by zebrać myśli i właśnie wtedy jego wzrok padł na tablicę rejestracyjną.
- Georgia? Jaka Georgia?
- To auto - rozpoczęła wyjaśnianie spokojnie - razem z narzeczonym wypożyczyliśmy w Georgii. Ten paskudny samochód jest nasz i będę wdzięczna jeśli przestaniesz ciągle przeklinać.
Dezaprobata w oczach Oli była tak widoczna jak fajerwerki na nocnym niebie. Pozwalała sobie na nią  zdobywając z każdą sekundą coraz mocniejsze przekonanie, że facet nie był przygotowany na zaistniałą sytuację i nie umiał się w niej odnaleźć.
Jeff oparł czoło na dachu forda po czym spojrzał na nią bezradnie.
- To był miły, bezkrwawy napad na bank…
- Napadłeś na bank? - W jej głosie znalazła się nutka zachwytu bowiem zdobyła pewność, że nie porwał jej dla okupu czy ot tak, dla hobby.
Przytaknął.
- W Point Markus?
Przytaknął.
Rozważała czy nie ugryźć się w język lecz niedowierzanie było zbyt wielkie:
- Kto obrabia bank na takim zadupiu?!
Zmrużył oczy. Korciło go, żeby powiedzieć wszystko i udowodnić że jest cwany i inteligentny, bo na razie faktycznie wychodził na niezłego głąba, lecz dyskusja z nią nie miała sensu. Teraz najważniejsze było pozbycie się samochodu.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział 3


ROZDZIAŁ 3
Jeff spojrzał na zegarek dreptając w miejscu. Była za piętnaście piąta. Już za niedługo miał się stać bardzo bogatym i bardzo poszukiwanym człowiekiem.
Od dziecka wiedział, że będzie kiedyś bogaty. Co prawda nie sądził, że zdobędzie bogactwo w taki sposób lecz prawda była taka, że jako strażak nie był w stanie się dorobić fortuny.
Poprzedniego dnia wrócił do miasteczka wypożyczonym w Oklahomie autem i zaparkował niedaleko banku by jak najszybciej uciec. Poklepał przyjacielsko broń mając nadzieję, że nie będzie musiał jej użyć. Zostawił kluczyki w stacyjce samochodu bez obawy – na zadupiu jakim było Point Markus nie było pewnie kradzieży od dziesięcioleci.
Stan Williams westchnął i pokręcił głową z niezadowoleniem. Pracował przy odholowywaniu aut dwadzieścia lat, lecz nadal zagadką dla niego był powód dla którego ludzie parkowali obok hydrantów. Ilekroć widział coś takiego wzdychał i… odholowywał auto na parking niedaleko siedziby szeryfa. Spojrzał na rejestrację.
- Panie Oklahoma, witamy w Teksasie – zanucił i włączył wyciągarkę.

Szymon przeciągnął się jak tylko wysiadł z samochodu. Jechał bez odpoczynku przez pięć godzin, ale najważniejsze że udało mu się trzymać planu. Dotarli do Point Markus na czas.
Rozejrzał się po pustych uliczkach. Jedyny znak wskazywał, że przecznicę dalej znajduje się bank i biblioteka. Cisza aż piszczała w uszach. Nie zauważył ani jednej żywej duszy mimo, że była za dwie minuty piąta – środek dnia. Czy ludzie tutaj nie pracują? –Zdziwił się.
Aleksandra spała na tylnym siedzeniu. Uśmiechnął się pod nosem. Nie była wymarzonym materiałem na żonę, ale uznał, że po ślubie jej postrzelone pomysły się kończą a ona stanie się żoną jakiej oczekuje. Miejsce wydawało się być bezpieczne więc postanowił jej nie budzić. Zostawił kluczyki w stacyjce by klimatyzacja działała a sam poszedł zobaczyć okolicę. Ujrzał mężczyznę wchodzącego do baku.
- W końcu ktoś tutaj pracuje – stwierdził.

Trzy minuty później Jeff pędził jakby chciał wygrać Wielką Pardubicką. Torby z pieniędzmi obijały się mu o nogi lecz on nie zwalniał. Wypadł zza zakrętu i dopadł samochód. Energicznie otworzył drzwi i wrzucił pieniądze na przednie siedzenie. Zapuścił silnik i ruszył.
Dopiero dwadzieścia minut później, gdy przekraczał granicę stanu poczuł jak poziom adrenaliny opada. Kradzież poszła gładko, ponieważ o tej porze w baku został tylko dyrektor i kasjer. Poczuł dreszcz podniecenia na samą myśl ile pieniędzy miał w torbach.
Ola powoli budziła się stwierdzając z niezadowoleniem, że ciągle są w drodze. Kolejną porcję niezadowolenia wzbudziła w niej pilna potrzeba pójścia do toalety, a wiedziała jak Szymon był upierdliwy gdy musiał się zatrzymywać na niezapowiedziane postoje. Usiadła opierając się na dłoni i mimo zaspania szybko oceniła, że kierowcą nie jest bynajmniej Szymon.  Przekręciła głowę to w lewo, to w prawo jakby szukając odpowiedzi na nurtujące ją  pytanie:
- Kim pan jest? – Spytała spokojnie.
Oczy Jeffa otworzyły się szeroko gdy w lusterku wstecznym zobaczył kobiecą twarz. W samochodzie ktoś był! Oprócz niego, naturalnie. Wcisnął z całej siły pedał hamulca. Opony wydały nieprzyjemny dla uszu pisk, a pojazd wpadł w poślizg i zaczął kręcić się niczym karuzela. Ola obijała się co chwila o inna część pojazdu,  aż spadła między siedzenia desperacko chroniąc głowę rękami przed urazem. Za oknem świat wirował a ona chciała tylko wydostać się w pułapki.
Karuzela skończyła się równie nagle jak zaczęła.
Pasy bezpieczeństwa mocno ścisnęły Jeffa. Nerwowo łapał powietrze rzucając się do wyjścia, lecz te same pasy które przed chwila uchroniły go przed bolesnym spotkaniem z deską rozdzielcza teraz trzymały go w pułapce. Szarpał je bezskutecznie jednocześnie obserwując kątem oka jak postać z tyłu gramoli się do wysiadania.
Wydostali się w tym samym momencie i stojąc po dwóch stronach pojazdu patrzyli na siebie zaskoczeni.
- Co jest, kurwa?! – Wrzasnął, bo nic  mądrzejszego nie przyszło mu do głowy i sięgnął po pistolet na widok którego z gardła Oli wydobył się donośny pisk, a ona sama odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki.
Szok  w jakim była uniemożliwiał panowanie nad odruchami, w tym nad wydobywaniem z siebie irytującego odgłosu. Biegła jak najdalej.
Jeff stał oszołomiony.
Zacisnął oczy w nadziei, że po otwarciu dziwna, wrzeszcząca i biegnąca zygzakiem postać zniknie. Nic takiego niestety nie nastąpiło. Chwilę zajęło mu dojście do jakże olśniewającego wniosku, że dobrze byłoby coś zrobić w tej sytuacji - nie bardzo wiedział jednak co. Uznał wobec tego, że najpierw ją dorwie a potem pomyśli.
- Kurwa, stój! – krzyknął widząc jak hałaśliwa postać szybko się oddala, a Ppnieważ nie posłuchała i biegła dalej rzucił się w pogoń.
Okazało się to niełatwym zadaniem, bo Ola często zmieniała kierunki i generalnie biegła bez ładu i składu więc trudno było przewidzieć jej kolejny krok. Jeff miał ochotę ją zastrzelić, jaka szkoda, że  jedyna broń jaką dysponował była  plastikowy rewolwer. Potknął się o korzeń i prawie wylądował twarzą w krowim placku. Wkurzony usiadł na pietach, złapał pistolet, zamachnął się i rzucił nim trafiając (ku swemu wielkiemu zdziwieniu) Olę w głowę. Ola czując mocne uderzenie i upadając spektakularnie była równie zaskoczona  co on.
- O pierdolę, ale numer – stwierdził  stojąc z rekami w górze jakby czekał na oklaski. Nie mogąc się ich doczekać zreflektował się po kilku sekundach, dopadł Olę i zatkał jej usta dłonią.


Rozdział 2


ROZDZIAŁ 2

Ola Marecka westchnęła poważnie znudzona.
Na jej nudę nie było lekarstwa, przerobiła już: stukanie paznokciami po tapicerce, przeglądanie mapy po raz setny w ciągu godziny by po raz setny przekonać się, że w okolicy jest wielkie nic, kręcenie się na fotelu pasażera również nie sprawiało, że nudziła się mniej. Sto dwadzieścia kilometrów temu skończyła czytać książkę i od tego czasu bezczynność doprowadzała ja do szału.
Spojrzała na prowadzącego ich wypożyczonego w Atlancie, obrzydliwego niebieskiego Forda. Szymon – bo tak na imię miał kierowca i narzeczony w jednej osobie – miał na twarzy wyraz nie odzwierciedlający żadnych uczuć. Odkąd poznała tego człowieka jego mimika była niezmieniona i Ola podejrzewała, że wsadzenie w jego tyłek otwartego parasola nie zmieniłoby tego stanu rzeczy.
Wyczuł jej przeszywający wzrok i spojrzał na nią swoimi szarymi oczami.
Uśmiechnęła się.
- Kiedy się zatrzymamy?
- W Point Markus, jak zaplanowałem. To małe miasteczko. Pięciuset mieszkańców, założone w tysiąc osiemset siedemdziesiątym roku. Jest o dwadzieścia mil na wschód od granicy z Nowym Meksykiem i tyle samo na południe od Oklahomy.
- Pasjonujące. Nie mogę uwierzyć, że pozostałeś kawalerem tak długo Szymku. Ktoś z taka osobowością jak ty powinien już być dawno zajęty.
- Szymonie – poprawił ją. – Małżeństwo to nie wszystko. Uważam, że należy kierować się głową a nie emocjami. Dlatego zgodziłem się ożenić z tobą Aleksandro – będą z tego same korzyści, zarówno dla ciebie jak i dla mnie a także naszych rodzin.
- Olu – poprawiła go, lecz on nie zwracał na to uwagi ciągnąc wywód na temat dzieci i początku rodu. W tym samym czasie Ola modliła się o niesprawne jajniki.

Rozdział 1


ROZDZIAŁ  1
Młoda kobieta uśmiechnęła się nieśmiało wkładając pasemko włosów za ucho. Mężczyzna stojący naprzeciwko nie był wyjątkowo przystojny, lecz jej zainteresowanie było podyktowane między innymi tym, że jedynym znanym jej kawalerem w okolicy był Billy Bob, którego ciało wydawało woń zdechłego oposa. Wypisała druk wypożyczenia samochodu zgrabnym pismem.
Jeff podrapał się po zaroście który celowo zapuścił. Ubrany w typowy kowbojski kapelusz był trudny do rozpoznania.
- Pański niebieski ford stoi na parkingu panie Louise. - Z uśmiechem podała mu do podpisania blankiet oraz kluczyki do wozu, niby przypadkiem muskając jego dłoń. Jeff był tak skupiony, że nawet tego nie zauważył.
- Samochód ma wszelkie ubezpieczenia, tak w razie potrzeby.
Nie mam wątpliwości, że się przydadzą – odpowiedział jej w myślach i zwinnie złożył podpis, który przed chwila wymyślił i wyszedł na parking.
Stanął przed niebieskim autem.
- Kto, kurwa, robi samochody w takim pedalskim kolorze?
Ruszył w drogę powrotną do teksasu ciesząc się, że opuszcza Oklahomę. Straszne zadupie – ocenił.